Byłam przeciwna udziałowi mojej rodziny w wojnie
Na wojnie w Czeczenii straciła męża. Do Polski przyjechała z dzieckiem w 2006 roku. Czekają na decyzję w sprawie statusu uchodźcy w jednym z ośrodków. Nasza rodzina tyle wycierpiała. Członkowie rodziny byli w więzieniach, walczyli. Z rodu, który liczył 40 osób, zostało 14. Cioteczny brat - inteligent, któremu wojna nie była potrzebna, zginął, zanim zdążył się ożenić. Ci, którzy pozostali, są kalekami. My po prostu powoli wymieramy. Od początku wiedziałam, że ta wojna ma na celu wyniszczenie całego narodu i dlatego byłam przeciwna udziałowi naszej rodziny w wojnie. Bo moim zdaniem, to nie Czeczenia chciała się odłączyć od reszty kraju, to Rosji wojna była potrzebna. W czasie pieriestrojki w Rosji był duży kryzys ekonomiczny. W tym czasie obce państwa nie kupowały rosyjskiej broni. Nie pracowały zakłady zbrojeniowe, a w jednym zakładzie było zatrudnionych po 3-4 tys. ludzi. Moim zdaniem wojny w Czeczenii były Rosji potrzebne, aby uniknąć wewnątrz-rosyjskiego buntu. Poza tym Rosja bała się, że Zakałkazie może zechcieć się odłączyć. Zakałkazie miało dobre stosunki z Iranem, Irakiem, Turcją, a na czele całego regionu mogli stanąć tylko Czeczeni. Po przemianach w innych krajach socjalistycznych i wycofaniu wojsk z Polski, Czech itd. Rosja musiała wysłać żołnierzy do innych działań, aby uniknąć buntu w armii i przewrotu wojskowego. Wojskowi w Rosji byli utrzymywani przez ludność całego kraju, a w czasie kryzysu ekonomicznego mogli stracić wszystkie swoje przywileje i zbuntować się. Czeczenia ogłosiła przecież, że nie chce wojny i chce podpisać umowę federacyjną. Mimo to, na drugi dzień po tej deklaracji, wojna się zaczęła - dwa dni przed wyznaczoną datą podpisania umowy. Po pierwszej wojnie Rosja czasowo wstrzymała działania wojenne i nic nie odbudowywała, nie dawała żadnych odszkodowań - ponieważ była im potrzebna kontynuacja – druga wojna; była ona zaplanowana od samego początku. Rosja na cały świat głosi, że Czeczeni są terrorystami, ponieważ musi usprawiedliwić tę wojnę. Czeczeni ratowali życie ludziom w Budionowsku, dlaczego ci sami ludzie mieliby napadać na Biesłan? Ludzie, którzy próbowali udowodnić, że Biesłan to była rosyjska prowokacja przepadali bez wieści. W czasie procedury azylowej pytają nas 'czy coś pani zagraża?' Przecież 'coś zagraża' całemu narodowi czeczeńskiemu. Ale świat nie przyznaje, że niebezpieczeństwo grozi całemu narodowi. Musimy wykupywać z niewoli nie tylko żywych (jak mojego brata, który miał potem całkiem zrujnowane zdrowie i leczyliśmy go z pomocą Czerwonego Krzyża); nawet za trupy bliskich musimy płacić. Mój mąż zginął w kwietniu 1996 roku. Jechał samochodem wraz z trzema kolegami, był nalot. Ciało zbieraliśmy w kawałkach. Mąż był bojownikiem. Nie zabijałam, ale chcąc nie chcąc brałam udział w wojnie, ponieważ musiałam ratować krewnych i znajomych. Kiedy mąż zginął rodzina męża oczywiście obwiniła mnie o jego śmierć. Nocowałam na krzesłach w domku letniskowym, aby rodzina męża nie odebrała mi dziecka. Kiedy mnie samej była potrzebna pomoc (byłam wtedy w ostatnich miesiącach ciąży), przy życiu trzymało mnie to, że zaczęłam pomagać innym. Oddawałam krew rannym i zostałam zarażona żółtaczką wszczepienną. Pomagałam rannym do czasu, kiedy w trakcie noszenia rannych zrobiło mi się słabo. Wtedy mężczyźni zabronili mi tak ciężko pracować. Dla nich to grzech pozwolić, aby kobieta w ciąży tak ciężko pracowała. Ale nie powiedziałam o tym w czasie wywiadu. Kiedy przyjeżdżasz do Polski to nie wiesz, czego możesz się po kim spodziewać. W Groznym w czasie nalotów była rzeźnia. Troje moich krewnych poszło po wodę, stali po nią pół dnia i zginęli w czasie nalotu. Rosjanie ostrzeliwali teren i przez 9 dni nikt nie mógł podejść do trupów. W końcu mój brat zabrał ciała i uciekał tak, aby ojciec nie widział, w jakim stanie są ciała; zostali pochowani w zbiorowej mogile. Po masakrze na bazarze wiedziałam, że jeśli mamy wyjechać, muszę szybko podjąć decyzję. Jedynym źródłem utrzymania w Czeczenii jest teraz handel na bazarze; utrzymywałam tak siebie, dziecko i pomagałam rodzicom. Wyjechałabym wcześniej, ale rodzice męża tego nie chcieli. Moja córka jest jedyną cząstką męża, która po nim została. Między Czeczenami są również wewnętrzne utarczki podsycane przez Rosję. Moja znajoma - sąsiadka, która handlowała obok, wdała się w awanturę z pewnymi ludźmi. Zostałam w to wszystko wplątana. Grozili jej podczas tej kłótni, a niecałe dwa tygodnie później ona została zabita w swoim pokoju. To nie był napad rabunkowy, żadne pieniądze nie zginęły. Niedługo po pogrzebie tej kobiety ludzie, z którymi ona się wtedy kłóciła, przyszli do mojego ojca. Nie wiedzieli, gdzie mieszkam; myśleli, że mieszkam u ojca. Powiedzieli, że przynieśli pieniądze od teściowej dla mojej córki. Kiedy ojciec powiedział, że przekaże pieniądze, nie zgodzili się. Później moja teściowa powiedziała, że niczego dla nas nie przekazywała. Domyślam się, kto przyszedł do mojego ojca, ale nie mogę tego udowodnić. Mojego ojca nachodzą też ludzie Kadyrowa i cały czas próbują zdobyć informację, gdzie obecnie jest mój brat. W czasie wywiadu nic o tym nie mówiłam, ponieważ się boję o brata i moich starych rodziców. Przez tę wojnę stosunki między ludźmi stały się nieludzkie; za prezydentury Maschadowa tego nie było. Nie możemy otrzymać całego odszkodowania za nasze zniszczone domy, ponieważ 60% zostaje nielegalnie dla tych, którzy rozdzielają pieniądze. Mnie właśnie zaproponowano wypłatę 40% odszkodowania. Chciałam wyjechać dopiero po otrzymaniu pieniędzy, ale nie dało się czekać. Musiałam wszystko zostawić i się ratować. Tak trafiłam do Polski. Kiedy uciekasz i nie masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby dotrzeć tam gdzie chcesz (ja na przykład chciałam jechać do brata w Austrii), to wybierasz najtańszy wariant – Polskę. Wyjazd nie jest taki prosty, bo Czeczeni nie mogą swobodnie kupować biletów. Bilety na pociąg były załatwiane przez Osetyńca. Wszystko było znacznie przepłacone, ale przed samym wejściem do pociągu musiałam jeszcze dopłacić, aby w ogóle wsiąść; w związku z tym, na Białoruś dotarłam praktycznie bez pieniędzy. Córka miała wysoką gorączkę i wymiotowała. Na polskiej granicy sprowadzono lekarza, dano jej zastrzyk i musiałyśmy spędzić tydzień na Białorusi, aż córka wydobrzeje. W tym czasie kuzyni przysłali mi dodatkowe pieniądze. Po tygodniu przekroczyłyśmy granicę. Gdy przyjechałyśmy do Polski, przede wszystkim chciałam od razu posłać córkę do szkoły. Oczekiwałam bezpieczeństwa dla nas. Pragnęłam też nauczyć się języka i być członkiem wolnego społeczeństwa. Na granicy zwracano się do nas uprzejmie, ale ze wszystkimi formalnościami było takie zamieszanie. Byliśmy zmęczeni i głodni; informacje były po polsku i po rosyjsku, ale na granicy nie wyjaśniają w pełni wszystkich przepisów i procedur. Dopiero kiedy drugi raz przekraczałam granicę (po tym, jak dziecko lepiej się poczuło) dostałam całą teczkę z dokumentami i informację, że są tutaj organizacje, które mogą mi pomóc. Po przekroczeniu granicy, nie znając języka, musiałyśmy dotrzeć do Dębaka. Potem skierowano nas do Czerwonego Boru. Dowiedziałam się, że ośrodek sąsiaduje z zakładem karnym. Nie wiedziałam, że są to skazani za lekkie przestępstwa i bałam się. Byłam przerażona sąsiedztwem i warunkami, myślałam: 'tyle wycierpiałam, aby znowu żyć w czymś takim?' Pożyczyłam pieniądze od innych uchodźców i spróbowałam wyjechać do Czech. Ale nic z tego nie wyszło, w dodatku mam długi. Teraz jest mi łatwiej, poznałam ludzi, którzy mi pomogli, ale na początku było bardzo trudno; nic nie wiedziałam, także o formalnościach związanych z nadawaniem statusu uchodźcy. Kiedy tu jedziemy, rodziny mówią nam: 'w żadnym wypadku nie dawajcie żadnych wywiadów'. Boją się, że nie wszyscy rosyjscy pracownicy wywiadu wyjechali z Polski i informacje, których tutaj udzielimy, mogą przedostać się do Rosji i zagrozić naszym bliskim. Dlatego boimy się wszystkiego mówić w czasie wywiadu, ze względu na krewnych, którzy zostają w Czeczenii. Ja też nie wszystko powiedziałam. Żal mi, że kobiety, takie jak ja, które tyle przeszły w czasie tej wojny, nie mają żadnej ochrony. Brakuje nam stabilizacji, która pozwoliłaby wychować dziecko. Kobietom, które nie mają męża jest tutaj bardzo ciężko wychować dzieci. Wiem, że dostanę pobyt tolerowany, ale to nie wszystko. Nie przyjechałam tutaj szukać przyjemności. Teraz co dzień wstaję, jem śniadanie i jadę z córką na zajęcia, byle moje dziecko nie spędzało czasu na korytarzu w ośrodku. Staram się zrobić wszystko, aby moja córka poznała język i mogła iść do polskiej szkoły. W tej chwili córka chodzi na kółka zainteresowań i uczy się języków polskiego i angielskiego. Poprosiłam dyrektora naszego ośrodka, aby mi pomógł i przekonał prowadzących te kółka do przyjęcia córki. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Ale to jest tylko jedno dziecko, a chciałabym, aby inne dzieci też miały takie możliwości. Żal mi dzieci, które po prostu bawią się na korytarzach ośrodka, siedząc na koszach na śmieci. Dzieci nie mają kontaktu z Polską i Polakami, ciągle siedzą w tych ośrodkach, jak w więzieniu. Chciałabym, aby dzieci z ośrodków mogły się uczyć. Szczególnie ważne jest przygotowanie dzieci w wieku przedszkolnym, tak aby mogły pójść do polskich szkół. W naszym ośrodku dzieci nie mają pełnej możliwości nauki. Chciałabym razem z dyrektorem naszego ośrodka zorganizować dla dzieci naukę języka polskiego, kultury polskiej, zaczynając od wieku 3-4 lat, aby były przygotowane do pójścia do szkoły. Chciałabym, żeby moja córka żyła w kraju, w którym zdobędzie dyplom i będzie mogła go wykorzystać, nie tak jak ja. Żeby nie musiała zaczynać życia na ruinach. Niech będzie Czeczenką mieszkającą poza granicami Czeczenii, która zna miejscową kulturę. Chcę tu zostać ze względu na moje dziecko, ona już zaczęła się do Polski przyzwyczajać. Pierwszego dnia powiedziała: 'Mamo, zobacz jakie tu są drogi'. Przez ostatnie dziesięć lat nasze dzieci widzą tylko zburzone domy i wybuchy. (marzec, 2006) Historii wysłuchały Agnieszka Kunicka i Julita Kubiak Tekst zredagowała Agnieszka Kunicka