Byliśmy ze swoimi problemami sami
Wyjechałem z Armenii z powodu niebezpieczeństwa. Tylko w niebezpiecznych wypadkach decydujemy się na to, żeby opuścić kraj, zostawić wszystko, wyjechać nie wiedząc co nas czeka. Powiedzmy, że powody były polityczno-religijne. Na początku lat 90. w Armenii miały miejsce wypadki, które zmusiły ludzi do opuszczenia swoich domów. Wyjechaliśmy z kraju dość niespodziewanie, na początku marca. To była impulsywna decyzja, nawet nie zdołaliśmy się należycie przygotować – mam na myśli zgromadzenie odpowiednich środków. Zostawiliśmy cały dorobek, na który rodzice pracowali przez 30 lat. Chcieliśmy wyjechać poza granice byłego Związku Radzieckiego. Najbliższym celem była Polska albo Czechy. Wylecieliśmy z Erewania do Krasnojarska, a stamtąd przez Ukrainę dotarliśmy do Polski. Na początku planowaliśmy dotrzeć do Czech, byliśmy nawet na granicy, ale zostaliśmy wtedy poproszeni o wycofanie się, bo potrzebowaliśmy dodatkowych dokumentów. Później rodzice zdecydowali zostać w Polsce. I zostaliśmy: moi rodzice, ja i mój młodszy brat. Teraz studiuję na UW na wydziale prawa, nauka zajmuje mi dużo czasu. Jak mam wolny czas, to oddaję się mojemu hobby – czytam książki, interesuje się historią. Znajduję też czas na spotkania ze znajomymi, rozmawiamy, gramy na instrumentach. Początki w Polsce były trudne. Na granicy, tak jak w każdym cywilizowanym kraju, spotkaliśmy straż graniczną. Ale ja najbardziej pamiętam nie samą granicę, ale to, co się działo potem: naszą podroż do Katowic, jechaliśmy przez całe południe Polski. Pamiętam uczucie niepewności – co tak naprawdę będzie – i to nie za rok czy dwa, ale następnego dnia. Nie znaliśmy ani języka, ani nikogo, kto mógłby nam pomóc, kto mógłby być przewodnikiem na początku. To jest naturalne, że jak ktoś ma problem, to się z nim nie afiszuje, bo w ludzkiej podświadomości tkwi przekonanie, że jest to coś niewłaściwego. No i byliśmy ze swoimi problemami sami. Zostaliśmy pokierowani do Warszawy, powiedziano nam, że jeśli mamy gdziekolwiek szukać pomocy, to w stolicy. Pojechaliśmy więc do Warszawy, na Koszykową (do Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców), rodzice mieli tam wywiad i tego samego dnia zostaliśmy skierowani do ośrodka w Dębaku. Warunki były straszne. Przepraszam za bezpośredniość - rozumiem, że to nie w wyniku złej woli pracowników. Ale ośrodek w Dębaku to przebudowane koszary – mieszkaliśmy całą rodziną w jednym pokoju, z dwiema jeszcze innymi rodzinami, i dwoma samotnymi mężczyznami. Można sobie wyobrazić, jakie to było krępujące dla kobiet. Sytuacja nie była efektem czyjejś złej woli, raczej ograniczonych możliwości. To były początki, Polska dopiero zaczynała proces przyjmowania uchodźców. Mimo to, nie spodziewaliśmy się, że warunki będą tak złe. Mieszkaliśmy w ośrodku 2 lata i 10 miesięcy. Aż trudno w to uwierzyć. A wiadomo, że w takich sytuacjach czas działa na niekorzyść – kiedy czas upływa, a nie ma żadnych konkretów, jest bardzo trudno. Jak tylko dostaliśmy status, zaczęliśmy starania, żeby jak najszybciej znaleźć mieszkanie poza ośrodkiem. Mogliśmy jeszcze przez trzy miesiące mieszkać w ośrodku. Bardzo pomogły nam w szukaniu mieszkania Polska Akcja Humanitarna i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Pomagali nam też w szukaniu pracy dla taty. Po około dwóch miesiącach znaleźliśmy mieszkanie w Nadarzynie, później kilkakrotnie zmienialiśmy miejsce pobytu, ale w obrębie tego samego regionu. Od 2000 roku mieszkamy w mieszkaniu komunalnym przyznanym nam przez gminę. Nie wyglądam jak typowy Polak, od przyjazdu do Polski wiele razy spotkałem się z dyskryminacją. Wielokrotnie mieliśmy też problemy ze względu na naszą religię. Mieszkamy w małej miejscowości, dostaliśmy tam mieszkanie od gminy. Nasi sąsiedzi są rasistami – ubliżają nam, uprzykrzają życie. Nikt z gminy, ani policja nie chcą już interweniować. Wszyscy mówią, że są bezradni. Moją receptą na życie jest nauka. Na początku uczyłem się sam, potem poszedłem do liceum dla dorosłych i tam się uczyłem. Ale w tym czasie pani dyrektor liceum na Bednarskiej pozwoliła mi przygotowywać się do matury i zdawać egzaminy w jej szkole. Dzięki temu mogłem pójść na studia prawnicze, które, mam nadzieję, skończę, jeśli stan zdrowia mi na to pozwoli. Mam niestety duże problemy ze zdrowiem. Po przyjeździe do Polski okazało się, że mam poważną wadę kręgosłupa; dużo czasu spędziłem w szpitalach. Wśród lekarzy – jak wszędzie – zdarzają się różni ludzie, byli tacy, którzy lekceważyli mnie i moją chorobę, ale trafiłem też na wspaniałą panią doktor, z którą mam kontakt do tej pory. Ona bardzo się o mnie troszczyła i bardzo mi pomogła. Gdybym mógł sugerować cokolwiek, co poprawiłoby los uchodźców w Polsce, apelowałbym, żeby zmienić warunki w ośrodkach dla uchodźców. To, co ludzie tam przechodzą, to kolejne piekło - po tym, co przeszli w swoim kraju i w czasie ucieczki. Cieszę się, że mogłem opowiedzieć o sobie. Mam nadzieje, że takie opowieści pomogą innym zrozumieć, jak to jest być uchodźcą. (kwiecień, 2006) Historii wysłuchała Julita Kubiak Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz