Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
Człowiek jest stworzony, by być wolnym Pan M. boi się, czy opowiedzenie o sobie nie zaszkodzi jego rodzinie, z którą mieszka teraz w Polsce lub na sytuację bliskich, którzy zostali w Rosji – dlatego nie ujawnia imienia i nazwiska. Pochodzi z Czeczenii. Przyjechał do Polski w sierpniu 2005 roku. Cztery miesiące później razem z żoną i trójką dzieci otrzymali status uchodźcy. Po wojnie w Czeczenii wszystko się w moim życiu zmieniło. W głowie pozostały tylko bombardowania, zabójstwa, widok rozszarpanych dzieci, żony, które tam zostały i wdowy. Bardzo dużo wdów, młodych kobiet od 15 do 25 roku życia - młodych dziewczyn, które wyszły za mąż w nadziei na lepsze życie, a dostały od życia coś takiego… Wszystkim, którzy stamtąd przyjechali, każdego dnia i każdej nocy przed oczami staje wojna. Sceny, które widzieli na własne oczy, zawsze powracają. Wracają ludzie, których żeś chował wieczorem, w nocy, pod świstem kul... Nie planowałem wyjazdu z Czeczenii. Przez cztery lata na zmianę ukrywałem się, zabierali mnie, bili... W ostatnim czasie tam w ogóle nie dało się żyć, przede wszystkim dzieciom. Ich stres był na tyle silny, że nie mogły ani spać ani normalnie jeść. Ciągłe rewizje, ukrywanie się, w końcu nie było się gdzie podziać. Coś trzeba było postanowić, dokądś wyjechać – choć nie mam poczucia, że wyjechaliśmy na zawsze. Chciałbym tam wrócić, przecież każdy człowiek chciałby żyć tam, gdzie jego korzenie. Zdecydowaliśmy się jechać do Polski, bo był to jedyny kraj, do którego mogliśmy wjechać bez wizy. Rodzinę wysłałem pociągiem, a sam docierałem okazjami. Siadasz w Kamaza, dogadujesz się z kierowcą, płacisz i nawet cię na drodze nie sprawdzają. Tak dotarłem do Moskwy, stamtąd na Białoruś - wszystko okazjami - i do Polski. Jechałem tak osiem dni. W domu było nas trzech – najmłodszy brat zginął podczas pierwszej wojny [czeczeńskiej], a drugi trafił do Polski jakieś dwa-trzy miesiące przede mną. Zwróciliśmy się z bratem z prośbą, aby pozwolono nam zamieszkać poza ośrodkiem dla uchodźców. Nie chciałem mieszkać w ośrodku. Nie chcę nikogo oskarżać, ale tam są różni ludzie. Dostaliśmy zgodę i od początku mieszkaliśmy razem w mieszkaniu, nie w ośrodku. Kiedy przyjechałem, o procedurze azylowej nie wiedziałem absolutnie nic. Przed przyjazdem do Polski nie miałem głowy, żeby się zajmować takimi sprawami. Kiedy człowiek walczy o swoje życie, nie interesuje się formalnościami. Zresztą nawet nie myślałem, że wyjadę z Czeczenii, ale było trzeba. Żaden człowiek nie chce opuszczać swojego domu, jaki by on nie był. Do tej pory mamy przekonanie, że Czeczenia to jest nasz kraj. Tam się urodziliśmy, żyliśmy i będziemy tam znowu kiedyś żyć, mam nadzieję. Być może już nie ja, ale może moje dzieci? Nasz kraj powinien być wolny, tak samo jak każdy człowiek powinien być wolny. Człowiek jest stworzony do tego, by być wolnym. Tego uczyli nas rodzice, że każdy człowiek powinien być wolny, powinien szanować prawa tego miejsca, w którym się znajduje. Jak u nas mawiają – „do cudzego domu ze swoimi zasadami się nie chodzi”. Tuż po przyjeździe do Polski poinformowano nas, że figurujemy jako uchodźcy, że zostanie nam okazana pomoc. Powiedziano nam, że nie mamy prawa wracać do Rosji, no ale to akurat sami wiemy. Byłem bardzo dobrze potraktowany. Pierwszą osobą, z którą miałem kontakt „w procedurze” był mój sędzia śledczy (urzędniczka Urzędu do Spraw Repatriacji i Cudzoziemców - przyp.red.), pani Marzena, której udzielałem wywiadu. Zresztą pomoc otrzymuję również teraz, kiedy tylko się zwrócę. Stosunki są naprawdę bardzo dobre. Na początku, na wywiadzie, czułem się trochę dziwnie. Każdy, kto stamtąd przyjeżdża obawia się, żeby to, o czym opowiada podczas tej rozmowy, w żaden sposób nie zaszkodziło innym. Żyjąc w Czeczenii byłem przyzwyczajony, że każdą informację można sprzedać i każdą kupić. Później zrozumiałem, że tu jest zupełnie inaczej; rozmowa upływała w miłej, przyjaznej atmosferze. Jeśli człowiek jasno formułuje swoje myśli, jest zrozumiany i nie ma żadnych problemów. Polskie władze bardzo dokładnie wypełniają swoje obowiązki. Dokumenty wydawane są tak, jak trzeba. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób przedstawi się swoją sytuację. Posiadanie statusu uchodźcy bardzo wpływa na samopoczucie. Przede wszystkim daje poczucie większej pewności i bezpieczeństwa. Życie staje się normalne, nie ma już takiego lęku, można zacząć uczyć się języka i integrować się ze społeczeństwem. Zaczynasz czuć się nieskrępowany. Muszę powiedzieć, że ja już czuję się częścią tego społeczeństwa, właściwie poczułem to zaraz po przyjeździe tutaj, na drugi dzień dosłownie. Ponieważ stosunki tutaj i tam [w Czeczenii] to niebo i ziemia. Tu czujesz się wolnym człowiekiem. Możesz pójść, dokąd chcesz, napić się kawy, wybrać się do klubu czy do kina, pospacerować po mieście... Dla nas, póki co, jest to po prostu dzikie, gdyż u nas tego nie było. Adaptujemy się powoli. Myślę, że dość swobodnie zintegrujemy się ze społeczeństwem, ponieważ posługujemy się swoim kodeksem, wpajanym od dziecka – szacunek wobec starszych, poszanowanie praw miejsca, w którym się znajdujesz. Dzieciom sami staramy się pokazywać tę nową kulturę, nie zapominając przy tym o naszej. Ludzie są tu bardzo sympatyczni. Nawet nie oczekiwałem, że będą się tak normalnie do nas odnosić. Ponieważ nigdy nie mieszkałem w ośrodku, od razu trafiłem między Polaków. Nie było z ich strony żadnych nieprzychylnych komentarzy, przeciwnie, wszyscy nam współczuli i przeżywali, po prostu rozumieli naszą sytuację. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Jestem wdzięczny polskim władzom, że przyznano mi status. Władze po prostu zechciały zrozumieć moją sytuację, wejść w moje położenie, jestem im bardzo wdzięczny. Teraz mamy podobne niepokoje, co i ludzie tutaj. Nie starcza nam pieniędzy. Dużo płacimy za mieszkanie, a pracy nie ma. Proszę sobie wyobrazić, 600 złotych na pięć osób, a dzieci chcą owoców i wielu innych rzeczy, po prostu tego, co widzą - przecież chodzą po ulicach. Muszę pożyczać pieniądze to od jednego to od drugiego Czeczena, którego sytuacja jest przecież taka, jak nasza. Staramy się znaleźć pracę, ale przede wszystkim trzeba nauczyć się polskiego, wtedy będzie łatwiej. Mam nadzieję, że w tym kraju będziemy mogli normalnie żyć, że wejdziemy w to społeczeństwo, choć to oczywiście wymaga czasu. Dzieciom jest na pewno łatwiej, one szybciej się uczą, już mają już swoich przyjaciół i znajomych. My zaś z żoną kontaktujemy się głównie z naszymi sąsiadami. To starsi ludzie, którzy nas rozumieją, bo sami już niejedno przeżyli i niejedno widzieli. Integracja, zrozumienie tego państwa, w którym mieszkasz, zrozumienie danego sposobu myślenia i bytu mieszkańców, wcale nie przychodzi tak łatwo, ale jeśli człowiek bardzo chce, to jest w stanie tego dokonać. Tylko to musi potrwać. Przecież trzeba pozbyć się ciężaru z przeszłości, przede wszystkim psychicznego. W miarę możliwości staramy się to zrobić. Najtrudniej nauczyć się języka. Jeśli trafiasz do wolnego kraju, w prawdziwym znaczeniu tego słowa, to zlanie się z jego społeczeństwem nie jest takie trudne. Według mnie podstawą do pełnej integracji jest stanie się pełnowartościowym obywatelem. Przyszłym obywatelem, bo ja rozumiem, że nie jestem jeszcze takim całkowitym obywatelem tego kraju. Jeśli człowiek nie narusza praw i przestrzega przyjętych zasad, to kiedyś takim pełnowartościowym obywatelem się stanie. (kwiecień, 2006) Historii wysłuchał Mikołaj Przybylski Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego