Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
Moje dni są jakieś wyblakłe... „Człowiek potrzebuje rozmowy” - mówi. Dlatego opowiada o sobie. Przyjechała z Białorusi, czeka na decyzję w sprawie statusu uchodźcy od wiosny 2006 roku. Na Białorusi redagowałam stronę internetową, zamieszczałam opozycyjne informacje i linki. Pewnego dnia okazało się, że tych stron nie ma. Myślałam, że one już nie istnieją, a kiedy przyjechałam tutaj okazało się, że strony są - tylko na Białorusi nie ma do nich dostępu. Na Białorusi telewizja i wszystkie gazety są podporządkowane prezydentowi; nie dostarczają prawdziwych informacji. W Polsce łatwiej jest o informacje. Na Białorusi państwo wszystko kontroluje i uniemożliwia dostęp do wybranych zasobów w Internecie. Jeśli ktoś chce dotrzeć do informacji, to nie ma takiej możliwości. Mam wykształcenie niepełne wyższe, ponieważ wyjechałam w trakcie studiów. Od 2005 roku wszyscy studenci, wykładowcy i pracownicy uniwersytetów są zmuszani do wstąpienia w BRT (Białoruski Republikański Związek Młodzieży). Jest to organizacja młodzieżowa, coś na wzór komsomołu, która ma za zadanie wychowywać młodzież w patriotyzmie wobec Łukaszenki. Jeśli ktoś nie chce tam wstąpić, ma duże problemy: pracownicy są zwalniani, studenci skreślani z list studentów. Moją znajomą, która pracuje w dziekanacie Instytutu Kultury i wszystkich studentów w kolejności z listy studentów próbowano zmusić do wstąpienia do BRT. Mnie też zmuszano. Grożono wyrzuceniem ze studiów, a po moim udziale w akcji opozycyjnej zostałam wezwana przez dziekana na srogą rozmowę typu: wychowujemy pedagogów, jaki z Pani będzie pedagog, czego będzie Pani uczyć studentów, jeśli bierze Pani udział w masowych zamieszkach? Mój mąż również miał kłopoty z mojego powodu. Pracował w milicji, a tam kontrolowani są wszyscy krewni pracowników. Sama nie wiem, jakie miałam oczekiwania, jadąc do Polski. Rzecz w tym, że jeśli coś cię bardzo dławi, to uciekasz. Nie myślisz, jak będzie, co będzie. Pragniesz tylko uwolnić się od problemów. Jeśli byłabym sama, to pewnie bym została, ale mam dziecko i muszę się o nie troszczyć. Gdybym była sama, mogłabym i siedzieć w więzieniu. Do Polski przyjechaliśmy, bo tak było najprościej. Polska jest najbliżej Białorusi i jest pierwszym krajem UE, do którego przyjechaliśmy. Zdecydowaliśmy się z mężem na przyjazd do Polski, ale tak naprawdę nie mieliśmy wyboru. Dla Białorusinów jedyna droga prowadzi do Polski. Zdobycie wizy innego kraju jest praktycznie nierealne, wszystkie inne kraje odmawiają Białorusinom wiz. Przyjazd tutaj był prosty: poszliśmy do biura podróży, dostaliśmy wizy turystyczne i przyjechaliśmy pociągiem do Warszawy jako turyści. Poza tym byliśmy już wcześniej w Polsce, a babcia męża i mój dziadek byli Polakami. Niestety oni już nie żyją, mój dziadek zginął w czasie wojny. Po przyjeździe do Warszawy poszliśmy do hotelu, odpoczęliśmy i następnego dnia rano poszliśmy na ul. Koszykową (do Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców - przyp.red.), złożyć wniosek o status uchodźcy. Byłam tak zdenerwowana, że nie zwracałam uwagi na to, jak otoczenie się do mnie odnosi. Dostaliśmy wydrukowane informacje w języku rosyjskim i nawet tłumacza, który mówił po białorusku. Dostaliśmy ogólne informacje dotyczące uchodźców i przeprowadzono z nami pierwszy wywiad. Ten wywiad został zapisany i podpisany przez nas. Od razu z Koszykowej pojechaliśmy do Dębaka (dostaliśmy plan z zaznaczonym ośrodkiem i pojechaliśmy tam kolejką WKD, a później piechotą do ośrodka). Sobotę i niedzielę spędziliśmy w Dębaku, dostaliśmy suchy prowiant. Pieniędzy starczyło nam na drogę i trochę jedzenia dla dziecka. W poniedziałek wszyscy, którzy przyjechali w weekend, zostali przydzieleni do ośrodków. Nie mam problemów ze swobodnym opuszczaniem ośrodka, wrócić trzeba zawsze przed godziną 23.00, jest ochrona, która tego pilnuje. Warunki są nienajlepsze, ale dziękuję i za to. Mieszkam w pokoju z mężem i dzieckiem. Wyżywienie jest bardzo złe. Byłoby lepiej, gdyby samemu można było przygotowywać posiłki. W ośrodku ludzie są tylko czasowo i nie dbają o porządek czy wyposażenie ośrodka. Wiele sprzętów w ośrodku jest zepsutych, może dlatego ludzie nie lubią Afrykańczyków i Pakistańczyków, ponieważ oni nie szanują wspólnego wyposażenia. Zepsuli pralkę, ponieważ niewłaściwie z niej korzystali. Telewizor, który mieliśmy w ośrodku rozbili w czasie awantury. Takie awantury i bójki zdarzają się mniej więcej raz w miesiącu. Myślę, że kierownictwo ośrodka nie chce wzywać policji w takich przypadkach. Awanturują się Afgańczycy z Pakistańczykami, Afrykańczycy z Gruzinami… według nacjonalnego klucza. Czeczeni są nastawieni trochę agresywnie. Dzieci bawią się razem, ale dorośli nie lubią czeczeńskich dzieci, ponieważ są źle wychowane, wyzywają starszych, wszystko psują. To nieprzyjemne i dziwi ludzi w ośrodku, ponieważ często te dzieci mają bardzo przyzwoitych rodziców. Dzieci nie mają się czym zająć. Tylko w poniedziałek i środę przychodzi siostra Cecylia i organizuje dla dzieci gry i zabawy; poza tym dzieci tylko biegają po ośrodku i niczym nie są zajęte. Niedawno w czasie takich gonitw czeczeńskie dzieci rozbiły ścianę z płyty pilśniowej. Dzieci w wieku szkolnym chodzą do szkoły, ale przedszkole nie jest zapewniane. Jeśli ktoś bardzo chce, może starać się o przyjęcie dziecka do przedszkola poza ośrodkiem, ale trzeba za to płacić. Jeśli zapłaciłabym za przedszkole, to nie starczyłoby pieniędzy na jedzenie, które kupuję dziecku. Podstawowa pomoc medyczna jest zapewniona, ale na wizytę u specjalisty trzeba czekać po 2-3 miesiące. Mam problemy z tarczycą i kiedy zostałam skierowana do szpitala, bardzo trudno było porozumieć się z lekarzami, ponieważ nie miałam tłumacza. Na szczęście lekarze trochę rozumieli rosyjski, ale było ciężko. W ośrodku czuję się w miarę bezpiecznie. Teraz jest spokojnie, ale mieszkańcy ośrodka, którzy mieszkali tam przed nami, opowiadali okropne rzeczy. Kiedy w ośrodku było wielu Inguszów, rzucali się oni z nożami na Białorusinów; terroryzowali innych mieszkańców, a po wypłacie kieszonkowego wymuszali od innych pieniądze. Kierownictwo bardzo długo nie reagowało. Po kolejnym starciu przyjechała policja i aresztowała Inguszów. Zostało ich tylko kilku i dlatego jest spokojnie. Kiedy jest ich wielu, czują się bardzo odważnie. Przemocy seksualnej w ośrodku nie ma, ale zdarzają się różnego rodzaju propozycje i próby ze strony uchodźców. Jest wśród nich wielu samotnych mężczyzn i chyba zaczynają wariować. Ludziom jest tym trudniej, im dłużej trwa procedura azylowa. Ona jest długa, czekamy po 5-6 miesięcy na pierwszy wywiad, a później jeszcze drugie tyle na decyzję. W efekcie cały rok tylko czekamy; nie wiemy co mamy robić i czego oczekiwać. Tempo rozpatrywania spraw jest najgorszą rzeczą w tej procedurze. W czasie pobytu w ośrodku nie mamy kontaktu z Polakami i nie możemy uczyć się języka. Czytamy podręczniki, ale nie słyszymy polskiej mowy. Chętnie wzięlibyśmy udział w spotkaniach, na których ktoś opowiedziałby nam o Polsce, o tym jak tutaj ludzie żyją i pracują. A tak, dni w ośrodku są jakieś wyblakłe. Z niczego nie jestem zadowolona. Wstaję, jem śniadanie, nic nie robię, nic się nie dzieje, później obiad, i znowu nic nie robię, kolacja. Czasem zbieramy się w gronie Białorusinów i rozmawiamy o polityce. Bardzo bym chciała, aby były jakieś zajęcia, niekoniecznie w ośrodku, ale może na przykład w domu kultury: taniec, rysunek, cokolwiek… Ludzie w ośrodku są różnych narodowości i utrzymują kontakty praktycznie tylko w obrębie swojej grupy narodowej, nawet jeśli mówią tym samym językiem. Na przykład mój mąż nie lubi Afgańczyków i Pakistańczyków, a Czeczeni nie lubią Białorusinów. Dlatego myślę, że lepiej byłoby nie mieszać tylu narodowości w ośrodkach, ponieważ powoduje to problemy. Chciałabym, aby w miarę możliwości przyspieszono procedurę i udzielano ludziom więcej informacji. Brakuje nam też kontaktów z prawnikami. Przydałoby się zorganizować dla ludzi jakieś zajęcia, ponieważ u wielu z powodu sytuacji, w jakiej się znaleźli, zaczynają się problemy z psychiką. Może tacy już przyjeżdżają, może problemy zaczynają się później, ale wielu potrzebuje pomocy psychiatry. Jest na przykład w ośrodku człowiek, który co wieczór ubiera się w palto i kapcie i około godziny stoi przy wejściu, koło ochrony i na coś czeka; potrafi podejść do pracownika ośrodka i powiedzieć 'proszę iść do pokoju, oni wszyscy umarli i już śmierdzą'. Psycholog, który do nas przychodzi, może przyjąć 2-3 osoby na tydzień, a potrzebujących jest dużo więcej. (luty, 2006) Historii wysłuchała Agnieszka Kunicka. Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz.
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego