Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
My po prostu boimy się ludzi Przyjechała z Czeczenii do Polski w 2005 roku. Razem z mężem otrzymali zgodę na pobyt tolerowany. Dziś unika rozmowy o Czeczenii – choć marzy, żeby pewnego dnia wrócić do domu. Wyjechałam z Czeczenii, bo każdego dnia, każdej nocy baliśmy się, że przyjdą nas zabić. Tam codziennie ktoś przepada bez wieści, nawet nie wiemy, kto go zabrał; czy żyje; a jeśli żyje, to gdzie go szukać. Po tym, jak członek naszej rodziny zniknął w ten sposób, wyjechaliśmy. Nie mogę powiedzieć, że wybrałam Polskę jako kraj docelowy – przecież nie ma innego wyboru. Pierwszy kraj poza dawnym ZSRR to Polska. Czechy i Finlandia są za daleko. Pośrednicy (którzy organizują transport z Czeczenii) mają już opracowaną trasę do Polski i to właśnie proponują. Zresztą w Rosji i tak nie możemy wsiąść do samolotu do żadnego innego kraju, ponieważ nie dostajemy wiz. Jeśli jesteś Czeczenem, nawet mieszkającym w innym miejscu niż Czeczenia, ale czeczeńskiej narodowości, to ambasady odmawiają wiz. A tak, pociągiem jedziemy przez Białoruś bez żadnych wiz i formalności załatwiamy na polskiej granicy. Paszportu zresztą też nie możemy dostać normalną drogą, wszyscy je kupują. My z mężem tez kupowaliśmy paszporty. Było ciężko, bo musieliśmy sami sobie radzić. Rodzina nie mogła nam pomóc finansowo. Jedyne pieniądze, jakie tam są, to emerytury rodziców. Dobrze, jeśli oni sami się z tego utrzymają. Nawet nie oczekiwaliśmy od nich takiej pomocy. Kiedy tu przyjechaliśmy, sądziliśmy, że będziemy krótko. Mieliśmy nadzieję, że przeczekamy, aż w Czeczenii wszystko się uspokoi i wrócimy. Jednak krewni mówią nam przez telefon, że nic się tam nie zmieniło. Wojska nadal tam stacjonują, młodzi ludzie ciągle giną. Przez półtora roku nic się nie zmieniło. Mimo to, my tu nie wyobrażamy sobie życia. Chcę wrócić do domu, tutaj jestem tylko czasowo. Pierwszy raz wniosek o status uchodźcy złożyliśmy jeszcze w Terespolu. Trochę się bałam, my już po prostu boimy się ludzi. Najpierw trafiliśmy na dwa dni do Dębaka. Później pojechaliśmy do ośrodka w Łomży, warunki są tam przyzwoite. Duże rodziny dostawały dwa pokoje, a my z mężem pokój dwuosobowy. W Łomży spędziliśmy trzy miesiące. Jeszcze przed pierwszym wywiadem statusowym spróbowaliśmy pojechać do Austrii. Mało kontaktowaliśmy się z innymi, nie rozmawialiśmy o polityce, ale wiedzieliśmy, że jeśli nas złapią, to nas zawrócą. Mimo wszystko spróbowaliśmy, ponieważ chcieliśmy dostać się do kraju, gdzie jest rozwinięta medycyna. Na piechotę przeszliśmy granicę z Czechami. Strażnicy czescy złapali nas na granicy Czech z Austrią. W punkcie granicznym zabrano nasze dokumenty i spędziliśmy tam noc. Następnego dnia przekazali nas i nasze dokumenty do ośrodka w jakimś granicznym mieście. Spędziliśmy tam 25 dni. W ośrodku w Czechach przez pierwszy tydzień mieszkałam z kobietami na jednym piętrze, a mąż z mężczyznami. Później napisaliśmy podanie i mieszkaliśmy już razem. Następnie odesłano nas do Dębaka. Wtedy drugi raz złożyliśmy wniosek o status. W Dębaku umieszczono nas na dwa tygodnie w baraku, to było chyba za karę, bo ci, którzy nowo przybyli mieszkali w lepszych warunkach. Po dwóch miesiącach przenieśli nas na Bielany. Teraz nie wiem, czy pobytu tolerowanego też nie dali nam za karę, że próbowaliśmy jechać do innego kraju. W pierwszym roku pobytu w Polsce dużo zwiedzaliśmy Warszawę. Chodziliśmy do muzeów, parków. Podobają mi się parki w Warszawie. Teraz, od kiedy mamy możliwość, chodzimy na kursy języka polskiego i angielskiego. Uczę się polskiego na kursie zorganizowanym przez fundację VIA, w której pracują Czeczeni i Polacy. Poza tym zajmujemy się wszystkimi formalnościami, szukaliśmy mieszkania, spotykaliśmy się z adwokatem. Dobrze, że od października (2005 r.) obowiązują nowe przepisy i ci, którzy opuszczają ośrodki, otrzymują pomoc przez pierwsze trzy miesiące. Na szczęście my się na te nowe przepisy załapaliśmy. Co będzie po tych trzech miesiącach – nie wiem. Nie mamy pracy. Z zawodu jestem nauczycielką, skończyłam filologię, ale wiem, że nie znajdę tu pracy w zawodzie. Ze względu na stan zdrowia nie możemy pracować fizycznie. Trudno jest w Polsce szukać pracy. Wiemy, że Polacy sami nie maja pracy, a pracodawcy dodatkowo niechętnie zatrudniają uchodźców. Nie chodzi nawet o nietolerancję – spotkałam się raczej z nieufnością. Musimy wydawać dużo pieniędzy na telefon, kiedy odpowiadamy na ogłoszenia w prasie. Czasem pomagają nam w znajomi – szybciej mogą się porozumieć przez telefon. Są też inne przeszkody: decyzję o pobycie tolerowanym w marcu, a już prawie trzy miesiące czekamy na dokumenty (kartę pobytu). Bez niej nie mamy szans legalnie pracować. Oboje z mężem mamy spore kłopoty ze zdrowiem. Mam mięśniaka macicy. Trzeba go operować, ale lekarze nie mogą dać gwarancji, że nie usuną macicy. Nie mamy dzieci, więc nie mogę się na to zgodzić. Podobno leczą to bez operacji w Lublinie, ale tamtejszy ośrodek nie ma kontraktu na bezpłatne leczenie uchodźców. Mąż ma odłamki w plecach – jeden lekarz mówi, że trzeba je operacyjnie usunąć, inny mówi, że to niebezpieczne, więc boimy się zrobić operację. Trudności z bezpłatnym dostępem do specjalistów to dla nas problem. Drugi problem to język - trudno porozumieć się z lekarzem. Ginekolog dał mi kartkę z diagnozą i później prosiłam lekarza z ośrodka o przetłumaczenie. Myślę, że gdyby władze polskie wiedziały wszystko, co się dzieje w Czeczenii, to wszystkim dawaliby status uchodźcy, aby ludzie mogli zostać pełnoprawnymi obywatelami. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że w ogóle nas przyjmują. Próbujemy normalnie żyć i może doczekamy, aż w Czeczenii sytuacja się zmieni. (maj, 2006) Historii wysłuchała Agnieszka Kunicka Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego