Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
Nie oczekiwałem manny z nieba Przyjechał z Białorusi, żeby ratować żonę. Oboje są w Polsce od 9 lat, mają status uchodźcy. Przyjazd do Polski to był krok desperacki. Byłem wtedy gotowy zrobić wszystko. Miałem już 53 lata i kawał życia za sobą. W takim wieku takich rzeczy lepiej nie robić - ale stało się. I nie żałuję. Takie kroki desperacji trzeba podejmować tylko w bardzo ciężkich sytuacjach – na przykład jeśli jest duże zagrożenie życia. Bo, trzeba przyznać, na nas, uchodźców, nikt nigdzie nie czeka – może z wyjątkiem wielkich wygnanych, jeszcze ze Związku Radzieckiego – jak Sołżenicyn czy Roztropowicz, którzy byli na tyle znani, ze dla nich zawsze było miejsce, gdziekolwiek pojechali. To była dla mnie bardzo nieoczekiwana podróż. Nigdy nie brałem pod uwagę wyjazdu do innego kraju – zwłaszcza że nie był to wyjazd z chęci turystycznej, ale dlatego, żeby czegoś uniknąć. Teraz jestem zadowolony, że udało mi się zwyciężyć – może nie obawy w ogóle, ale jakiś strach przed nieznanym. Ta historia dotyczyła w większym stopniu nie mnie, a mojej żony. Uczestniczyła w nagraniu pewnego filmu, który nie spodobał się władzom. Zaczęły się szykany, groźby, zaczęło się wszystko, co mogłoby ją zniszczyć. I po kilku latach rozmyślań doszedłem do wniosku, ze trzeba moją żonę ratować. Postanowiliśmy wyjechać i tak znaleźliśmy się w Polsce. Na Koszykową (do Urzędu do spraw Repatriacji i Cudzoziemców, który rozpatruje wnioski o status uchodźcy – przyp. red.) zgłosiła się moja żona. Ja nie miałem nic do opowiadania. Nie byłem działaczem politycznym, zawsze byłem z dala od polityki. Nie miałem moralnego prawa zgłaszać się po status uchodźcy. Chodziłem do konsulatu, odhaczałem się, dawali czasową wizę. Nie byłem tutaj nielegalnie. Wniosek złożyłem dopiero, gdy żona już uzyskała status uchodźcy pod koniec 1998 r. Najpierw odmówiono jej statusu, ale po interwencji PAH i Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców uzyskała prawo zamieszkania tutaj. U mnie procedura trwała już krócej, otrzymałem status w lipcu 1999 roku, ale też nie obyło się bez interwencji Wysokiego Komisarza. Od początku trzeźwo oceniłem sytuację – to, co nas tutaj czeka. Nie oczekiwałem manny z nieba, spodziewałem się, ze będzie ciężko. Wiedziałem, ze w Polsce istnieje negatywny stosunek do ludzi ze Wschodu. Teraz to się już zmieniło, ale 10 lat temu, kiedy tu przyjechaliśmy, jeszcze nie opadła euforia wolności i Polacy uważali, że mogą traktować Ukraińców czy Białorusinów z góry. Teraz zaczęli patrzeć na Wschód bardziej przyjaźnie i z większym zrozumieniem. Żona wcześniej pracowała w Polsce. Jeszcze przed rozwiązaniem ZSRR była w składzie ekipy, która tutaj kręciła film. Liczyła, że kiedy przyjedzie tutaj, znajomi jakoś jej pomogą. Ale 9 lat temu ludzie krępowali się przyznać do znajomości z kimś ze Wschodu. Chociaż bardzo dobrze się znali z moją żoną, nie chcieli nam pomóc. Myślę, że bali się opinii swojego środowiska. Gdzie myśmy przez te lata nie mieszkali... najpierw dostaliśmy miejsce w ośrodku dla uchodźców w Dębaku. Mieszkaliśmy tam krótko. Potem w Markach: grupa ludzi założyła tam stowarzyszenie „Przystań” pomagające dzieciom. Stary dom, przychodnia, grupa związana z Monarem. I myśmy tam mieszkali przez około rok, pomagałem dzieciom w lekcjach. Potem to wszystko się rozpadło. Później mieszkaliśmy w Domu Uchodźcy na Marywilskiej, u jednej pani w Sulejówku, potem na Wiejskiej i w końcu w 2001 roku dostaliśmy mieszkanie od gminy. Miałem to szczęście, że wkrótce po otrzymaniu statusu znalazłem pracę. Pracuję w Instytucie Technologii i Materiałów Elektronicznych – już od siedmiu lat. Robię właściwie to, czym zajmowałem się przez całe życie. Jestem bardzo zadowolony z pracy, bo w moim wieku zostaje już tylko praca. Oczywiście, nie stać mnie na to, żeby kupić samochód na przykład, ale zarobki zaspokajają zupełnie nasze potrzeby. Relacje z ludźmi w pracy układają się mi normalnie, jak wszędzie – są tacy, z którymi znam się lepiej, są tacy, z którymi wymieniamy tylko dzień dobry i do widzenia. Po siedmiu latach wspólnej pracy wszystkie ostre kanty zostały wygładzone i wiemy, czego się po sobie spodziewać. Nie mam zdolności językowych i wiem, że bardzo źle mówię po polsku, nieczysto. W pracy już się do mnie przyzwyczaili, ale w środkach transportu publicznego staram się nie odzywać – bo od razu zaczynają się pytania „skąd pan jest, kim pan jest?”. Mam ten akcent, którego do kieszeni nie schowam. Moim zdaniem, pierwsze pokolenie, które przyjeżdża, nie będzie nigdy zintegrowane – chyba, że żeni się albo wychodzi za maż za kogoś tutaj. Ja nie jestem obywatelem polskim, nie czuję się zintegrowany, bo mam wiele za plecami – dużo zostawiłem za sobą. Ale myślę sobie, ze jeśli nie tworzy się sztucznych podziałów, to ludzie wszędzie są do siebie podobni. Nie uważam Polski za moją ojczyznę, zbyt wiele zostawiłem na Białorusi. Ale na poziomie prostych, codziennych kontaktów z ludźmi – ta integracja przecież istnieje. Nastąpił już taki moment, kiedy ludzie nie patrzą mi w paszport, tylko patrzą, jakim jestem człowiekiem. Był taki czas, że sąsiedzi patrzyli na nas podejrzliwie – bo jesteśmy cudzoziemcami. Ale kiedy przekonali się, że jesteśmy spokojnymi ludźmi, nie awanturnikami, to są bardzo zadowoleni, że tam mieszkamy. Często stosunki między ludźmi psują politycy. Jest jeszcze coś takiego jak nostalgia. I nie można powiedzieć a priori, kogo ta choroba dopadnie. Są tacy, którzy mogą mieszkać wszędzie, dostosują się do każdych warunków. A znam takich, którzy dostali zielona kartę i pojechali do Stanów. I tam dopadła ich tęsknota. Ale jest już za późno. Pociąg odszedł i nie ma powrotu. Między innymi dlatego uważam, że status uchodźcy nie powinien być przyznawany ot tak – dzisiaj przyjechaliśmy, a jutro mamy status. Ludzie mogą rozmyślić się co do tego, czego chcą; często sami nie wiedzą, czego chcą. i dlatego trzeba ich trochę przetrzymać - żeby mieli czas się zastanowić. W gruncie rzeczy każde państwo musi się szanować, nie można statusu uchodźcy rozdawać na prawo i lewo. Ci, którzy złożyli wniosek, są wystawiani na próbę – muszą się sami przekonać, czy podjęli słuszną decyzje. Nawet jak dostają na początku odmowę, to daje im szansę odpowiedzieć sobie na pytanie, jak bardzo zależy im na tym, żeby tutaj zamieszkać. (kwiecień, 2006) Historii wysłuchała Julita Kubiak Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego