Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
Po co ja mam gdzieś dalej jechać? Pracowałem w Duńskiej Akcji Humanitarnej w Czeczenii – w ten sposób poznałem dużo osób i zobaczyłem czeczeńską rzeczywistość: ludobójstwo, świadków ludobójstwa, sieroty, ludzi, którzy załamali się psychicznie, bo już nie wiedza, u kogo szukać pomocy. Byli dyskryminowani już wszędzie: na terenie Rosji, w Czeczenii i w sąsiednich republikach. Dzięki tej pracy byłem we wszystkich zakątkach Czeczenii – jeździłem z Duńczykami po całym kraju. Zresztą, z powodu tej pracy musiałem w końcu uciekać. Rosjanie oskarżyli naszą organizację o przewożenie w konwojach broni dla bojowników. Porwali mnie i torturowali, żebym zeznał, że w przesyłkach była broń. Duńska Akcja Humanitarna napisała do polskiego MSZ pismo wyjaśniające, dlaczego muszę opuścić Czeczenię i prośbę o udzielenie mi pomocy. Dlatego, gdy dotarłem do Polski, na granicy wiedzieli już o mnie i wiedzieli, że przyjadę. Do granicy polskiej dotarłem 13 stycznia 2003 roku, to była niedziela. Byłem jedyną osobą, która dotarła tego dnia do straży granicznej. Procedura trwała bardzo długo, ponad sześć godzin. Była niedziela, nie było kierownika, nie było tej osoby, która robi zdjęcia. Wszystkich trzeba było szukać. Potem dotarłem do głównego ośrodka dla uchodźców Podkowa Leśna-Dębak. Tak się zaczęło moje życie na terenie Rzeczpospolitej Polskiej. W Dębaku mieszkałem rok, później drugi rok – w Warszawie. Moja procedura o nadanie statusu uchodźcy wyglądała bardzo śmiesznie. Motywy negatywnej decyzji, którą najpierw dostałem, były po prostu śmieszne. Na wywiad statusowy czekałem półtora roku. Teraz wiem, że na to wszystko są odpowiednie terminy, ale wtedy czekałem nie wiedząc nic. Na wywiad zaprosiła mnie pani, która miała może jakieś 18-19 lat . Nie miała żadnego pojęcia, czym jest wojna, komunizm, propaganda, humanitaryzm. Rozmawialiśmy po polsku, bo ja się na to zgodziłem. Wywiad trwał jakieś siedem godzin. I kiedy ja zacząłem opowiadać jej, co się dzieje na terenie Czeczenii, o porwaniach, to ona się uśmiechała, nawet śmiała się. Powiedziałem jej, z tutaj nie ma nic śmiesznego. A ona mówi, że śmiała się z historii, którą jej opowiedziałem - że człowiek poszedł paść krowy i tam, z tego pola, został porwany. Ta kobieta podeszła do tego w ten sposób: „To jest moja praca, wiec muszę cię wysłuchać, ale nie obchodzi mnie, co stanie się z tobą jutro”. Minął rok i osiem miesięcy mojego pobytu tutaj i ciągłe nie miałem żadnej decyzji. Napisałem podanie, poszedłem do Urzędu, a oni mnie zapytali, czy już miałem wywiad.. Chciałem dostać nazwisko tej pani, która robiła ze mną wywiad, ale nie chcieli podać. W końcu dostałem odpowiedź negatywną – dlatego, że uznali, ze powiedziałem nieprawdę. Podałem datę wydarzenia, a oni sprawdzili w prasie rosyjskiej, że to było innego dnia. To była podstawa do wydania negatywnej decyzji. Poszedłem do prawnika z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Napisałem pismo, że to oni powinni mnie udowodnić, że ja kłamię, a nie ja mam udowodnić, że mówię prawdę. Bo przecież nie pójdę do ambasady Rosji i nie poproszę o zaświadczenie, że mnie torturowali. Dwa miesiące później przyszło zawiadomienie, że przyznano mi status uchodźcy. To było dokładnie 2 lata po moim przyjeździe tutaj. Przez te dwa lata nauczyłem się języka, poznałem historię Polski, zrozumiałem, że Polska jednak popiera Czeczenię. W ośrodku też uczyłem się polskiego. Ale godzina lekcji dwa razy w tygodniu - to wszystko było za mało. Ludzie dostawali status, a nie wiedzieli nic – nie znali polskiego ani swoich podstawowych praw. I mieszkania ani pokoju nikt ci nie wynajmie, jak się dowie, ze jesteś obcokrajowcem, jak tylko wyczuje rosyjski akcent, nie mówiąc już o tym, ze dowie się, że jesteś Czeczenem. Żyć w Polsce jest uchodźcom naprawdę trudno. Dlatego dużo ludzi stąd wyjeżdża. Ja też miałem możliwość pojechać dalej. Ale w międzyczasie zacząłem studia, ułożyłem sobie jakoś życie tutaj. I pomysłem: „Po co ja mam gdzieś dalej jechać? Czego szukać?”. I zostałem. Mam tu kolegów, znajomych, zbudowałem tu relacje z ludźmi, mam takich, do których mam zaufanie - nie chciałem tego wszystkiego tracić, zaczynać od początku. Przez pierwszy rok po uzyskaniu statusu dostawałem pomoc i szukałem pracy, ale to nie jest takie proste. Wynajmowałem pokój za te pieniądze, które dostawałem. Potem znalazłem pracę jako tłumacz w fundacji. I choć mam pracę, znajomych, ludzi, z którymi się spotykam, to nie mogę powiedzieć, że jestem częścią społeczeństwa. To, co mam, to nie jest prawdziwa integracja. (marzec, 2006) Historii wysłuchała Julita Kubiak Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego