Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
W Polsce widzę normalne życie Młody mężczyzna z Czeczenii. Dwoje dzieci, żona, odłamki w ciele. Przyjechali do Polski jesienią 2005 roku. Czekają na decyzję w sprawie nadania statusu uchodźcy. Od trzynastego roku życia byłem w oddziale zwolenników Maschadowa. Gdybym miał opisać historię mojego życia – byłaby ona o tym, jak zabijali moich przyjaciół ze szkoły. O sobie pisałbym niewiele, tylko o naszej młodzieży - ponieważ ja jestem żywy, a oni nie. Pisałbym o tym jak bili ich tak, że nie można ich było poznać. Mojego kolegę spalili miotaczem płomieni. W oddziale byłem najmłodszy, dlatego dowódca trzymał mnie blisko siebie. Później wzięto mnie do niewoli. Już stałem nad dołem i czekałem na rozstrzelanie, ale w ostatnim momencie zostawili mnie i odeszli. Okazało się, że krewni mnie wykupili. W walkach mój oddział został prawie doszczętnie wybity. Nie miał już kto walczyć, można było najwyżej dać się rozstrzelać. Wyjechaliśmy po tym, jak Rosjanie wzięli do niewoli moją żonę, aby mnie wydała, ponieważ ja cały czas byłem w górach. Odnaleźli ją krewni. Rosjanie bardzo często tak robią - zabierają dzieci, kobiety i starców. Oszczędzają tylko tych, co z nimi współpracują. Ludzi z kręgów Maschadowa palą żywcem. Wielu bojowników wyjeżdża z Czeczenii. Mamy broń, ale już nie mamy zdrowia i sił do walki; nie chcemy, aby znęcali się nad naszymi rodzinami. My przyjechaliśmy do Polski, bo słyszeliśmy od przewodników, że tu jest dobrze. Chcieliśmy, aby dzieci mogły się uczyć, a nie tylko tępieć na wojnie. Chcieliśmy spokojnie żyć, aby nikt nas nie męczył. Przyjechaliśmy do Polski pociągiem. Przewodnicy pomagali opłacać wszystkie posterunki i doprowadzili nas do granicy (na granicy kończy się ich działalność). Razem z paszportem i dokumentami taka podróż kosztuje około 6-7 tysięcy dolarów (z tego sama droga około 3-5 tysięcy). Chcesz czy nie chcesz trzeba sprzedać ogród, dom... Na granicy złożyłem wniosek o przyznanie statusu uchodźcy. I jest dobrze; wszystko jest lepsze niż kiedy rodzina tylko czeka, kiedy ktoś wtargnie do domu i ich zabierze. Teraz mieszkamy w ośrodku dla uchodźców. Najważniejsze, że dają jedzenie, odzież dla dzieci i dach nad głową. W Czeczenii co godzinę-półtorej były wybuchy, nawet w nocy. Dzieci nie mogły spać, a tu wreszcie śpią normalnie, nawet nie budzą się w nocy. Nie mogę powiedzieć, że jest całkiem bezpiecznie - chodzi o wywiad rosyjski. W Polsce jest dużo Rosjan, pod ambasadą Rosji zawsze stoi dużo interesantów, a jeśli człowiek nie pracuje dla FSB to nie ma co robić pod tą ambasadą? Turystów jest tam może jeden procent. Dlatego jesteśmy ostrożni. W ośrodku był mężczyzna, który podawał się za uchodźcę, a kiedy zadzwoniłem do Czeczenii sprawdzić, kto on za jeden, okazało się, że jego brat dostał medal i order bohatera Rosji za walkę z Czeczenami; czyli ten brat nas prześladował, a na tego mężczyznę w ośrodku powinniśmy uważać. Gdy to wyszło na jaw, on uciekł z ośrodka i dostał się do Austrii. Kiedy i do Austrii dotarła informacja, że on pracuje dla Rosji, uciekł do Niemiec, od tej pory nie wiadomo gdzie jest. Dopóki są tutaj tacy ludzie nie mogę być spokojny, choć może za rok, za dziesięć i to przejdzie. Na razie, ze względu na swoją rodzinę, muszę mieć oczy dookoła głowy. Niedawno miałem wywiad statusowy. Rozmawiały ze mną dwie kobiety, urzędniczka i tłumaczka, która mówiła z akcentem po rosyjsku, nie wiem jakiej narodowości. Zapytałem ją czy to prawda, że z Koszykowej wyciekają informacje (słyszałem, że ludzie mówią coś w trakcie wywiadu, a już na drugi-trzeci dzień informacja dociera tam, gdzie nie powinna. Odpowiedziała, że nic takiego nie może się zdarzyć. Dopiero wtedy zgodziłem się mówić prawdę. Opowiedziałem o tym, co przydarzyło mi się od trzynastego roku życia. Myślę, że powiedziałem wystarczająco dużo. Nie wiem co i jak jest sprawdzane po takich wywiadach, ale wydaje mi się, że powinno być sprawdzane solidnie: czy człowiek walczył czy po prostu kradł. Chciałbym, aby polskie władze nie dopuszczały do tego, że wśród Czeczenów są szpiedzy rosyjscy i kadyrowscy. Żeby władze sprawdzały i filtrowały ofiary i prześladowców, stronników Maschadowa, Kadyrowa i tych, którzy pracowali dla Rosjan. Ingusze czy Dagestańczycy kupują sobie meldunek w Czeczenii, przyjeżdżają tutaj i dostają dokumenty, w których jest napisane, że są Czeczenami. Jeśli my możemy nauczyć się polskiego, to i jakiś urzędnik mógłby nauczyć się języka czeczeńskiego i sprawdzić, czy dana osoba chociaż zna nasz język, skoro podaje się za Czeczena. Wielu ludzi przyjeżdża tu ze względów ekonomicznych, z fałszywymi dokumentami. I oni dostają pomoc, a ci, którzy faktycznie walczyli albo byli prześladowani dostają odmowę lub pobyt tolerowany. Inna sprawa, że byli też Dagestańczycy, którzy walczyli po stronie Maschadowa i powinni dostać status, ale trzeba umieć ich odróżnić. W ośrodku nawet zwykły kucharz widzi jak jest, nie trzeba mu nic opowiadać. Przecież urzędnicy mogą pomieszkać na przykład tydzień w ośrodku i od razu będą wiedzieli, co się tam dzieje. Bardzo bym chciał, aby to, co mówię, dotarło do polskich władz. Czy wyobrażam sobie przyszłość w tym kraju? Dlaczego nie? Trzeba znaleźć pracę. Nie chcemy stąd wyjeżdżać i języka jest łatwiej się nauczyć, ponieważ znamy rosyjski. Na początku było nam trudno, ponieważ nic nie rozumieliśmy. Teraz już dużo rozumiem po polsku. Nikt mnie tu nie prześladuje. Policjanci nie stawiają pod ścianą z rozstawionymi nogami, po prostu sprawdzą dokumenty i mówią „dziękuję”. Człowiek przyzwyczaja się, że jeśli nie narusza przepisów, to nie ma nieprzyjemności. I co bardzo ważne: dzieci mogą się uczyć, nie wyrosną na dzikusów. Nie spotkałem się z nietolerancją. Na odwrót: ludzie mi pomagali coś kupić, załatwić. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem. Nie wiem co będzie dalej, ale to co widzę na razie, to normalne życie. Choćby zdrowie: mam odłamki bomb w głowie i kiedy trzeba było otrzymałem pomoc. A kiedy dziecko w czasie zabawy się przewróciło i zraniło w głowę, po pięciu minutach była karetka i udzielali jej pomocy. Pierwszy raz widziałem coś takiego. U nas pomagają tylko, jeśli masz pieniądze. Bardzo mi się podoba, że można się tu uczyć. Brałem już udział w bezpłatnym kursie języka polskiego i w miesięcznym kursie ochroniarskim, prowadzonym przez generała w odstawce. Kursy zorganizowała fundacja, nie pamiętam jej nazwy. Wszystko bezpłatnie. W domu nie było takiej możliwości - jak tylko zacząłem się uczyć, znowu była wojna i wojna. Po pierwszej wojnie chodziłem do szkoły. Chodziłem też na dodatkowe lekcje do nauczycieli. Udało mi się skończyć szkołę średnią. Z Czeczenii wszyscy profesorowie i nauczyciele wyjechali. Teraz ktoś, kto skończył 11 klas, idzie uczyć w szkole. To nie są prawdziwi nauczyciele. Tutaj szeroko otworzyłem oczy – wszędzie dają możliwość nauki. Tutaj dzieci są prawdziwymi, stuprocentowymi dziećmi, nie ma w nich myśli, że trzeba z kimś walczyć i przygotowywać się do wojny. A w Czeczenii dzieci muszą być albo bojownikami, albo zdrajcami. Chciałbym się biegle nauczyć języka polskiego i angielskiego. Mogą mi się przydać, jeśli założę firmę. Marzy mi się zrobienie czegoś dobrego, widzę, że tutaj można nie walczyć, nie kraść, tylko osiągnąć dużo przy pomocy rozumu i długopisu. Jeśli człowiek chce coś osiągnąć, to Polacy mu pomagają. (czerwiec, 2006) Historii wysłuchała Agnieszka Kunicka Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego