Portrety
... Wejscie
... Galeria
... Portrety
... Nagrania
Żyję w Polsce jakby od nowa Jest w Polsce od sześciu lat. Ma status uchodźcy, który dostała po dwóch odwołaniach; pochodzi z Czeczenii. Ratyfikowała dyplom i pracuje w Polsce jako lekarz, choć zanim to się stało, zbierała truskawki i sprzątała. Kiedy 23 września 1999 zaczęły po raz kolejny spadać bomby, wiedziałam, że to już następna fala wojny. Zdecydowałam, że trzeba ratować swoje dzieci. To już mój powód, dla którego zdecydowałam się opuścić Czeczenię – ratować swoje małe dzieci. Przyjechałam tutaj tak jak większość uchodźców z Czeczenii dociera do krajów Europy – drogami, pociągami, autokarem. Nawet nie chce się o tym mówić, bo zajęłoby cały dzień, żeby opowiedzieć, co przeszłam przez te drogę, jak trudno było się przedostać. Zanim jeszcze wjechałam do Polski, marzyłam o tym, żeby się tylko tutaj dostać. To był jedyny ratunek przed niebezpieczeństwem. Myślałam o tym, że jak nam się uda, to otrzymamy schronienie, będzie bezpiecznie – o dzieciach myślałam, oczywiście. Trzy razy w ciągu jednej doby nie udało mi się przekroczyć polskiej granicy. Sześć lat temu to był duży problem, żeby się tu dostać. Teraz ludzie już wiedza, co mówić na granicy – kim jesteś, skąd. Wtedy tego nie wiedzieliśmy. Jak się mówiło na granicy, że się jest turystą i jedzie zwiedzać Polskę, to strażnicy nie chcieli wpuścić, śmiali się tylko. To też było przeżycie; zadawałam sobie pytanie, dlaczego nie chcą mnie wpuścić – czy dlatego, że jestem Czeczenką, że mam w paszporcie miejsce urodzenia: Grozny? Powiedziałam nawet strażnikom: ja wiem, że nie chcecie mnie wpuścić, bo przeszkadza wam moje miejsce urodzenia. Ale teraz już wiem, rozumiem, że oni nie mieli nic do mojego miejsca urodzenia. Po prostu, żeby uchodźca został wpuszczony do kraju, musi powiedzieć straży granicznej w jakimkolwiek języku, że jest uchodźcą, że szuka schronienia. Ale wtedy tego nie wiedziałam. I za każdym razem, jak chciałam przekroczyć granicę z Polską, byłam cofana, bo chciałam wjechać jako turystka. Udało mi się w końcu, bo dowiedziałam się, co trzeba powiedzieć – po prostu prawdę. I strażnik, który cofnął mnie dwa razy (ja wiem, że nie miał nic przeciwko mnie osobiście), jak usłyszał za trzecim razem, że wreszcie mowię, co należy (a wcześniej nie mógł mi podpowiadać), uśmiechnął się i powiedział „o, teraz jest dobrze, teraz pani może wjechać”. Pamiętam, że później jechałam autokarem i płakałam. Łzy mi płynęły mimowolnie. Dzieci były przestraszone, nie wiedziały, co się dzieje. Ja chowałam paszporty, a moje starsze dziecko: „Mamo, nie chowaj paszportów, bo znów będą cię przepytywać”. „Teraz już nikt nie będzie przepytywał, teraz już mamy spokój i wszystko jest już za nami”, powiedziałam. Moje pierwsze wrażenie to było poczucie, że powietrze, wszystko, co nas otaczało, to był zupełnie inny świat. Reklamy, napisy w obcym języku – cały czas zastanawiasz się, co tam jest napisane. Patrzyłam na to oczami osoby, która przyjechała z wojny. Byłam wrażliwa na ludzi w mundurach, na ludzi, którzy głośno coś mówią. Pamiętam, że tutaj poczułam spokój. Jak wysiedliśmy z dziećmi z autokaru, miałam też poczucie pustki. Z jednej strony wiedziałam, że jestem tu sama w obcym kraju, bez rodziny, daleko od domu; ale z drugiej – ta pustka była trochę wypełniona przez poczucie bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się bezpiecznie. To trzeba przeżyć, żeby zrozumieć: że nie musisz się rozglądać na boki, patrzeć, czy nie wyróżniasz się czymś – karnacją, ubiorem, kolorem włosów. Rozumiem ludzi, którzy teraz przyjeżdżają. Na pewno ich pierwsze uczucie to ulga. Ludzie chcą znaleźć schronienie, miejsce, w którym możesz bezpiecznie wyjść, bezpiecznie spać, po prostu bezpiecznie żyć; normalnie pracować, chodzić do szkoły, zabierać dzieci z tej szkoły, pójść na zakupy, ugotować obiad, prowadzić takie życie, jak przez lata prowadziliśmy u siebie tam w Czeczenii. Na nie myśli się o tym, co będzie dalej, co to jest status uchodźcy. Po prostu jest spokój. Sześć lat temu, kiedy przyjechałam do Polski, system przyjmowania uchodźców dopiero się tworzył. Polska była krajem tranzytowym – ci z pierwszej wojny czeczeńskiej jechali dalej na zachód. Ja sama nic nie wiedziałam o Polsce i wcale nie planowałam, żeby to tutaj zostać. Szczerze mówiąc jechałam na zachód, tam miałam znajomych, krewnych, ale się nie udało. Tak, że znalazłam się tu przez zupełny przypadek – los, Bóg tak zdecydował, ze tutaj zostałam.. Wtedy, sześć lat temu, wszystko było inaczej. Wtedy wszyscy mówili, ze wystarczy dotrzeć do Polski i dalej droga stoi otworem. Nie wiedziałam, że to tak trudno. Że cofają do pierwszego kraju bezpiecznego, do którego się przyjechało. Choć myślę, że polska straż graniczna już wtedy była przygotowana na przyjmowanie uchodźców. To już jednak trwa przez tyle lat, tylu uchodźców przyjeżdża. Oni doskonale wiedzą, kogo mają wpuszczać i co mają zrobić, jak osoba prosi o azyl. Na samym początku pobytu w Polsce dostaliśmy skierowanie do ośrodka po Warszawą. Bardzo dobrze wspominam te czasy. Było tam bardzo mało osób. W ogóle ludzie, którzy przyjeżdżali wcześniej byli inni. Teraz przyjeżdżają ludzie po przejściach. Jak teraz odwiedzam ośrodki, widzę postępującą degradację. Myśmy dbali o nasz ośrodek, zrobiliśmy plac zabaw dla naszych dzieci, jakieś imprezy razem robiliśmy, personel był bardzo miły. Teraz słyszę, że nie ma opieki medycznej. Jak ja przez półtora roku mieszkałam w ośrodku, była bardzo mila pielęgniarka. Codziennie pukała do drzwi i pytała, czy wszystko w porządku. To było jedno z pierwszych zdań po polsku, które poznałam. Pytała, czy wszystko w porządku z dziećmi, czy czegoś potrzebujemy. Taka samo kuchnia – panie z kuchni na początku nie wiedziały, co możemy jeść. I myśmy im wytłumaczyli, czego nie możemy , a co tak - i to nam kupowali. Pracowaliśmy wtedy przy truskawkach, malinach; z mieszkańcami wsi mieliśmy dobre kontakty. I tam uczyliśmy się języka polskiego - przez bezpośredni codzienny kontakt. Ten czas w ośrodku nie był dla nas zmarnowany. Nauczyliśmy się języka. Przychodziła pani ucząca polskiego – bardzo dobra. Zaczęliśmy czytać książki po polsku. Nauczyciel z Warszawy organizował dla nas wycieczki – do muzeum, do Królikarni, na Starówkę. Poznawaliśmy historię i kulturę Polski. Pamiętam Pomnik Powstańca Warszawskiego i to moje skojarzenie z wojną w Czeczenii, z naszymi losami. Wszystko to było dla mnie bardzo ciekawe. Dzieci uczyły się polskiego, zdały egzamin państwowy, zaczęły chodzić do szkoły. Naciskaliśmy na to, żeby organizować szkołę dla dzieci. Personel był przyzwyczajony raczej do tego, że Polska traktowana była jako kraj tranzytowy, wiec po co uczyć polskiego, po co dzieci do szkoły posyłać, skoro i tak wszyscy chcą na zachód pojechać. W końcu i my mieliśmy początkowo takie plany. Ale jak już zamieszkaliśmy w ośrodku, przestałam myśleć o tym, żeby jechać dalej. Nie spotkałam się jeszcze wtedy z trudnościami życia poza ośrodkiem. Mieliśmy dach nad głową, jedzenie – na czas trwania procedury. Niestety, jak osoba dostaje odmowną decyzję, musi opuścić ośrodek. Wtedy zaczynają się problemy. Tak było z nami. To zresztą cała osobna historia. Przez pomyłkę pełnomocnika nie dostaliśmy statusu też w drugiej instancji. Nie chcę o tym opowiadać. Ale musiałam walczyć, udowodnić, że się pomylili. Po półtora roku życia w ośrodku zostaliśmy bez wsparcia socjalnego. Musieliśmy się wyprowadzić z ośrodka po dwóch decyzjach odmownych. Poczułam, ze to niesprawiedliwe. I że muszę walczyć w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Tylko, że nie mieliśmy wtedy gdzie mieszkać. Wtedy dowiedziałam się o Domu Uchodźców prowadzonym przez PAH na Marywilskiej. Zwróciłam się do nich z prośbą o pomoc mojej rodzinie. Kierownictwo Domu Uchodźcy otworzyło przede mną serce, dali mi pokój, w którym mogłam mieszkać z dziećmi. Na Marywilskiej spędziłam bardzo wspaniały okres. Poznałam dużo ludzi, poćwiczyłam angielski, bo było kilku Pakistańczyków. Tak, to był bardzo dobry czas. W ogóle, jak sobie pomyślę o czasie tu spędzonym, to każda chwila, każdy etap miał w sobie coś wspaniałego. Teraz ludzie, którzy przyjeżdżają, mówią, że jest trudno, że Polska niewiele im może zaoferować. Mówią mi, że ze mną jest inaczej, bo mam prace, mieszkanie. Ale przecież ja byłam taka sama, jak oni; tak samo przyjechałam z Groznego. Mama mi zawsze w listach pisała: „skoro już tam jesteś, to szukaj możliwości zintegrowania ze społeczeństwem – jeśli oczywiście nie są tobie przeciwni”. A Polacy na odwrót – są bardzo przychylni. Jak odbierałam mój dyplom, pan z Ministerstwa Zdrowia zapytał mnie, jakiego zadania jestem o Polakach. Ja powiedziałam, ze bardzo dobrego. To on mi powiedział: „To pani wcale nie zna Polaków, Polacy nie są tolerancyjni. Pani miała szczęście, że spotkała dobrych ludzi”. Wiem, to prawda. Wszystko w rekach Boga, On decyduje, ale nie można siedzieć w fotelu i czekać. Jak mówią – pod leżący kamień woda nie cieknie. Trzeba ruszyć się, pokazywać, kim jesteś, czego chcesz. Ale wszystko w rekach Boga – jakby chciał, to bym już dawno pojechała do krewnych zachód. Ale skoro tak chciał, to zostałam tutaj. Czasem zdarza się oczywiście coś przykrego. Na przykład w wakacje mój syn chciał z grupą dzieci wyjechać na Słowację. On ma status uchodźcy, paszport genewski i może podróżować bez ograniczeń. Ale polscy strażnicy nie chcieli go przepuścić przez granicę. Cała grupa dzieci stała 10 godzin na granicy, bo strażnicy nie chcieli wpuścić jednego czeczeńskiego dziecka. Twierdzili, że potrzebuje wizy. A przecież miał genewski paszport! Oczywiście, za dwa dni dziecko zostało wpuszczone i to bez dokumentów, bo dokumenty zgubili. I przeproszono nas. Ale to jest niekompetencja straży granicznej Unii Europejskiej, bo przecież chodziło o wewnętrzną granicę UE. Generalnie jednak, nie jest wcale tak bardzo ciężko integrować się w nowym społeczeństwie. Gdybym zamykała się w swoim świecie, koncentrowała na swoich problemach, które mam w domu i ciągle powtarzała sobie „nie mogę, nie mogę, nie mogę”, to nie byłoby żadnej integracji. Każda integracja ma miejsce na tyle, na ile człowiek i jego wewnętrzna kultura pozwolą. Ja wiem, na co mogę sobie pozwolić, a na co nie, gdy mieszkam w polskim społeczeństwie. Mówię o zachowaniu, o naszych zwyczajach. Ta granica istnieje, ale musi być niewidoczna. Bo jeśli na przykład jestem lekarzem i mówię, że nie mogę sobie na jakieś zachowanie pozwolić, a mieszkam w kraju, w którym takie zachowanie jest normalne, to ja nie mogę wykonywać swojego zawodu. I wtedy już ciężej mówić o integracji - bo z czegoś musisz zrezygnować. Światy kultur są różne. Żeby połączyć te dwa światy: islamu i katolików, musisz przemyśleć wszystkie wartości i zdecydować się na to, że akceptujesz pewne zwyczaje. Swoje zwyczaje zachowujesz we własnej rodzinie, w domu, ucząc dzieci, kim jesteśmy, skąd i że musimy wrócić. Ale na zewnątrz te dzieci czy ja czy ktokolwiek z uchodźców nie muszą tego okazywać - bo wtedy będzie im trudniej zasymilować się ze społeczeństwem. Bo to nie społeczeństwo ma się dostosować do uchodźcy, tylko uchodźca do społeczeństwa. Różne małe gesty świadczą o tym, że ludzie przyjeżdżający tutaj jak do innego świata szanują kulturę społeczeństwa, w którym mieszkamy i w którym chcemy wychować swoje dzieci. Jak pracowałam w szpitalu na oddziale chirurgii, to byłam przerażona faktem, że wszyscy lekarze (kobiety i mężczyźni) przebierają się w jednym pokoju. A ja nie mogę przebierać się w obecności mężczyzn. Tak jestem wychowana, to siedzi we mnie i nigdy się nie zmieni. I czekałam do godziny ósmej wieczorem, aż wszyscy wychodzili z pokoju i potem szybko się przebierałam. W końcu ktoś zauważył, że ja się nie przebieram z innymi i jeden z lekarzy zapytał mnie o to. Wytłumaczyłam, że nie mogę. Zapytali, dlaczego wcześniej nie powiedziałam, że u nas tak nie można. I potem już szybko się przebierali, żeby dać mi czas na przebranie się tylko w obecności kobiet. I chodzi o to, żeby mówić o takich rzeczach – akceptować warunki, ale mówić o swoich tradycjach. W Polsce nie jest ciężko zachowywać te tradycje. Możemy je zachowywać u siebie w domu. Mamy wspólnotę muzułmańską, witamy się po swojemu, obchodzimy muzułmańskie święta. Ciężej jest zachować język, bo cały czas mówimy po polsku, w pracy, w szkole, na studiach. I na rozmowy po czeczeńsku zostaje bardzo mało czasu – tylko wtedy, kiedy jesteśmy w domu. Mój młodszy syn miał 5 lat, jak wyjechaliśmy z Groznego i już niechętnie mówi po czeczeńsku. Starszy kłóci się z nim: „W domu mów po czeczeńsku, jesteś Czeczenem”. Ale jak dziecko siedzi do siedemnastej w szkole, wszyscy koledzy to Polacy, to ja mu się nie dziwię. Zachowujemy święta muzułmańskie, ramadan na przykład. Ale z drugiej strony dzieci biora udział we wszystkich obchodach w szkole – mój syn grał w szkolnym przedstawieniu jednego z Trzech Króli. I wszyscy wiedzieli, że on jest muzułmaninem. Moim zdaniem na tym polega integracja – że szanujemy nawzajem swoje religie. Trudno też o integrację, gdy nie ma pracy. Ja na początku pracowałam nie tylko przy malinach czy truskawkach, jak mieszkałam na Marywilskiej, to sprzątałam 3 razy w tygodniu. Byłam bardzo dumna z tego, bo to już był początek tej integracji. I mnie w ogóle nie było przykro, że mam dyplom lekarza, a chodzę sprzątać do ludzi, którzy może mają niższe wykształcenie, niż ja. Odczuwałam zmęczenie, ale przyjemne, bo byłam dumna, że mogę sama zarobić pieniądze i kupić coś dzieciom. Ta sytuacja, że pracowałam fizycznie, nie budziła we mnie poczucia niesprawiedliwości, że pracuję poniżej swoich kwalifikacji. Owszem, miałam poczucie niesprawiedliwości co do tego, co wydarzyło się w Czeczenii, że musiałam wyjechać, że nie mogłam tam dalej żyć. Przecież gdyby wszystko było po staremu, to ja na pewno robiłabym już doktorat, specjalizacje. Tam mogłam mieć wszystko - i o to mam żal. Tam pracowałam, bo chciałam; tutaj – bo muszę utrzymać siebie i dzieci i nikt mi nie pomoże, bo rodzina jest daleko. Przykro mi też, że nie mogę robić pewnych rzeczy, pracować społecznie, bo muszę się skoncentrować na zarabianiu pieniędzy. Pracę w zawodzie mogłam zacząć, gdy dostałam status uchodźcy i nostryfikowałam dyplom – to był chyba 2002 albo 2003 rok. Najpierw dostałam się na staż do szpitala, potem zaczęłam pracować w szkole. Pomogła mi pani dyrektor, która dużo pomaga uchodźcom, działa społecznie i chciała mi pomóc. Spotkałam zresztą tutaj bardzo dużo ludzi, którzy mi pomogli. Teraz staram się o otwarcie specjalizacji, ale to też jest dylemat. Musiałabym zrezygnować z tej pracy, którą wykonuję teraz, żeby pracować za bardzo małe pieniądze robiąc specjalizację. Ta decyzja jest przede mną. Myślę sobie, że tu w Polsce żyję jakby od nowa. Widzę taką granicę, wiem, że ona jest. Na początku szczęśliwe dzieciństwo, piękny kraj, najlepsze szkoły, najlepsze studia, dyplom z wyróżnieniem, zapewniona przyszłość. I nagle okazuje się, że stajesz przed wielkim niebezpieczeństwem, tracisz prawie wszystko, rozstajesz się z rodziną. To duże poświęcenie, rozstać się ze starymi rodzicami, którzy cię wychowali, opuścić ich po to, żeby z kolei wychować swoje dzieci. Gdybym nadal mieszkała w Czeczenii, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. A ja byłabym zupełnie inną osobą. (luty, 2006) Historii wysłuchała Julita Kubiak Tekst zredagowała Agnieszka Kosowicz
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Uchodźczego